LINKI

Koło Przyjaciół Bruno Gröninga
Maria Sobolewska

ARCHIWUM

2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień



design by gingery


Darmowe szablony
Blogers.pl

 Subscribe in a reader

ale o co chodzi...?


30.03.2009 :: 00:57 Komentuj (4)

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu...

Ale o co chodzi? Ale o co chodzi?


(A. Poniedzielski)



Dzień cały oto, postanawiam zakończyć notą.

Not(k)ą o tym, że se siedzę, że se patrzę, że se leżę i że se nic nie robię. Bo i po co? Kiedy tylko przychodzi mi do głowy ochota na zrobienie czegoś, rzucam okiem na tapetę mojego pulpitu - dach jakiejś drewanianej stodoły we wsi Prusicko, powiat Pajęczański, niegdyś kryty strzechą, dziś kryty tylko połowicznie. Ten symbol ruiny i ostatecznego upadku Kultury Ludowej Słowian zecydowanie nie nastraja do działania. Kiedy przyglądam się bliżej, widzę specyficzny sposób wiązania słomy i umocowania drewnianych patyków względem siebie - i czuję się najszcześliwszym człowiekiem na świecie, gdyż nie tylko nie muszę wiedzieć tego, jak się owo wiązanie nazywa, ale również tego, z jakim rodzajem więźby mam do czynienia. Z ulgą mogę sobie powiedzieć wtedy, że egzamin z kultury materialnej zdałem kiedyśtam, i owszem, zadowalająco, co uprawnia mnie jednocześnie do wywiezienia kilku ton tej wiedzy na mentalne wysypisko. No, chyba że ktoś przekona mnie o konieczności nauczenia się na pamięć całej twórczości monsieur Moszyńskiego.

Siedzę i gniję - przy dwóch komputerach naraz, to znaczy na przemian. Pierwszy, zwany laptopem, służy do spraw codziennych. Jako że nowszy, sprawniejszy i ogólnie lepszy, podłączam do niego Internet, kontaktuję się ze światem, piszę notki takie jak ta, zadowalając się samą jego funkcjonalnością. Drugi zaś, służy jako gigantyczne archiwum, Sztab Gier Komputerowych Poprzedniej Generacji, kolekcję różnego rodzaju zdjęć oraz muzyki, która nie zmieściła się na twardym dysku laptopa.

Na tym jednak jego rola się nie kończy. Służy on, przede wszystkim, do Nostalgii.

Nostalgia co prawda, jak wiemy wszyscy, już nie ta, co kiedyś. Mimo wszystko ta, o której mówię, ma sie całkiem nieźle. Wskrzesicielem jej jest stary gruchot z 700 MhZ procesorem, którego używałem byłem dziecięciem jeszcze będąc głupim i smarkatym. Bo trzeba wiedzieć, że nie tylko Gry Poprzedniej Generacji i muzykę ów twardy dysk gromadzi. O nie. Tamże aplikacji przeróżnych kupa, co to śmieszne i mniej śmieszne. Tamże empetrójek stosy, od dowcipów telefonicznych, przez kabarety, po naprawdę absurdalne nagrania niewyżytych ludzi, tamże teksty przeróżne, dowcipy, anegdoty, tamże opowiadania i wszelkie formy do humoru nawiązujące. Nostalgia tamże!!!

Uch, ach, buch.

Nostalgia jest za czasami, oczywiście, w których kompik ów był używany. a używany był intensywnie nadzwyczaj, co poznać po nim można łatwo. Ech, to były czasy - człowiek sobie mówi i zanurza się w tym, bo i ratunku nie ma. I ani się obejrzy, a tu już sam się stał nostalgią, sam się stał czasami dawnymi i z rozrzewnieniem czasy wspomina. Nie obiektywnie jednak, lecz przez pryzmat Nostalgii. I co z tego, że czasy niewesołe tak naprawdę, że ze wszech miar trudne i, nie ma co ukrywać, wcale nieszczególne? W blasku dawnej twórczości własnej, wszystko to idzie w zapomnienie, mechanizm powoli zaskakuje, aż w końcu wynurza się z Nostalgii i Konkluzja.

Westchnienia do Nostalgii bowiem, westchnieniami są tak naprawdę do twórczości. Do tworzenia. Nieskrępowanego, naiwnego, pełnego łaciny podwórkowej i gwary z centralnej Polski, nieprofesjonalnego i nieokiełznanego...

Że tworzenie w tamtych czasach bólem było okupione, to już nieważne. Że tworzenie na przekór było światu i z potrzeby self-manifestu było, też nieważne. Że ucieczką tak naprawdę było, nie marzeniem, nieważne. Twórczy umysł do tworzenia tęskni, a o motywacje mu mniejsza.

I tym sposobem mam już sedno i pointę. Do tworzenia tęskno, bo sztuka prawdziwa rodzi się (jednak!) z poczucia dyskomfortu. Komputer choćby i najstarszy, wspomnienia przywołać może, ale wksrzesić ducha czynu już nie. Ze mną zaś, jest jak z tą strzechą - jeszcze się jako tako trzyma, ale od śniegu już niczego nie chroni i widać, że albo dach trzeba by na nowy wymienić, albo i całą stodołę rozwalić w pył.

Znaczy się, chyba jednak zmiany idą. Ech, a chciałoby się mieć święty spokój.




Impresje życia codziennego


05.10.2008 :: 21:43 Komentuj (2)

"Może nowa ma lepsze kształty..."

Kusiła mnie reklama, wodziła na pokuszenie, umieszczona na citylightach i innych cudach-niewidach. Jedna z tych, co mają powłoką tajemniczości przyciągać Konsumentów, którzy gotowi będą Konsumować, kiedy już się dowiedzą, o co konkretnie chodzi.

Mnie jednak tak naprawdę nie kusiła. Miałem to dokumentnie w dupie.

"Może nowa ma lepsze kształty..." - przeszło mi przez myśl jadąc tramwajem przez miasto, gdy nagle ni stąd ni zowąd rzuciłem okiem na jeden z billboardów - "...ale liczy się wnętrze" - brzmiał ciąg dalszy, dopisany po bożemu. Wreszcie! - pomyślałem - Wreszcie wiadomo o co chodzi! To samo piwo, tylko w nowej butelce! Szczęście! Radość! Euforia...

...gdy nagle doznałem olśnienia. W myślach raz jeszcze powtórzyłem raklamowy slogan, przypominając sobie jednocześnie smak reklamowanego produktu. Liczy się WNĘTRZE...? O, tempora! O, Pamelo! Zrozumiałem!!!

To po prostu ten sam szajs co wcześniej, tylko w nowym opakowaniu. O bogowie, świat jest taki prosty!



Smutno mi, Boże...


24.06.2008 :: 10:45 Komentuj (5)

Szmaragdowa Tablica mówi:

To jest prawdą, całą prawdą, na pewno i bez kłamstwa:
To co jest na dole jest takie jak to co jest na górze; a to co jest na górze jest takie jak to co jest na dole. Poprzez to dokonują się wszelkie cuda.


A na ulubionym forum jakaś zawierucha, odchodzić chce ktoś, kto nie chce rozumieć, kto nie chce spojrzeć na świat przez inne okulary niż zwykle, zarzucając ludziom, że to oni właśnie patrzą przez okulary i myślą oczywiście źle.

W normalnych warunkach bym się wkurzał. Ale teraz jestem po prostu smutny. Cholernie smutny. Bo to nie ja mam problem ze zrozumieniem kogoś, lecz ten ktoś ze zrozumieniem mnie i całej reszty świata. Bo ktoś uważa, że jego system poglądów jest ostateczny, a jego wiedza na tyle pełna, by móc nią epatować i pouczać. Naprawdę, zwyczajnie by mnie to wkurzało, ale teraz tylko smuci.

I tak jak wszystkie rzeczy istnieją w Jednym i pochodzą od Jednego, które jest najwyższą Przyczyną, poprzez mediację Jednego, tak wszystkie rzeczy są zrodzone z Jednej Rzeczy przez adaptację.


Nie czuję tego. Wydaje się, że wszyscy ludzie pochodzą z jakichś innych planet. Że nie ma żadnego Jednego. Że najlepiej ogłosić wszechobecny relatywizm kulturowy i społeczny i się cieszyć. Odrzucić uniwersalizmy i strukturalizmy i mieć gdzieś.

Słońce jego ojcem, Księżyc matką;
Wiatr nosił go w swym łonie. Ziemia jest jego żywicielką i strażnikiem.
Jest Ojcem wszystkich rzeczy,
zawarta jest w nim wieczna Wola.


Ślepota? Zarozumiałość? Nie wydaje się, żeby ludzkość zbliżyła się do zrozumienia tych przedwiecznych prawd, które przecież, jak mowi Kybalion, są jedynie półprawdami. Bo półprawda stać się może prawdą tylko w połączeniu z człowiekiem.

Jego siła, jego moc pozostają całe, kiedy przemienia się w ziemię.
Ziemia musi zostać oddzielona od ognia, subtelne od gęstego, delikatnie z nieustającą uwagą.
Powstaje z ziemi i wznosi się ku niebu i z powrotem schodzi na ziemię; gromadzi w sobie siłę wszelkich rzeczy wyższych i niższych.


Oddzielanie nie polega na klasyfikowaniu. Nie polega na porządkowaniu. oddzielanie musi się dokonywac z nieustającą uwagą, bo w istocie jest tylko iluzją, w której zawiera się wielosć rzeczy. Tak to pojmuję. Ci, którzy klasyfikują i przypisują, oddzielają nieuważnie. Oddzielają rzeczy od ich istoty i pozwalają, by te stały się samodzielnymi bytami. Materia krąży.

Jeśli ktoś zarzuca mi "za dużo się koncentrujesz na zewnętrzności, a nie zaglądasz do wewnątrz", to nie wie o czym mówi. oddziela rzeczy od siebie, zupełnie jakby "zewnątrz" i "wewnątrz" były czymś innym. A przecież przeciwieństwa są tożsame, a skrajności się spotykają. Zdefiniuj mi zewnętrzność. zdefiniuj wewnętrzność. Bo ja na przykład nie umiem.

Poprzez poznanie tej rzeczy cała wspaniałość świata stanie się twoja a wszelka niejasność odejdzie od ciebie.
Jest to moc ponad moce, siła posiadająca siłę wszelkiej mocy, gdyż przezwycięży każdą subtelną rzecz i przeniknie każdą litą rzecz.


Nikt z nas nie jest doskonały w tej postaci, w jakiej istniejemy. To logiczne. Jeśli jestesmy tu po to, żeby się uczyć, to znaczy, że próbujemy dopiero odkryć tę doskonałość. Jesteśmy nią, ale trudno nam to zauważyć i właśnie tego uczymy się dostrzegać. Nawet jeśli byliśmy doskonali, to podjęliśmy decyzję o "uniedoskonaleniu się".

Jest dużo ślepych ścieżek. Większość jest ślepa, ale wszystkie są potrzebne. Wytykanie komuś, że podąża złą, nie ma większego sensu, chyba że ten czlowiek waha się i sam jest pełen wątpliwości. Nie wierzę w to, że istnieje jedna ściezka. I dlatego cholernie unikam tych, którzy tak mówią. Nie ufam. Być może w jakiejś krainie Gdzieś Tam, na innym poziomie egzystencji, ścieżki zlewają się ze sobą i wszystkie stają się jednym. Ale tutaj, w gęstej materii, mamy prawo wyboru. WYBORU.

W ten sposób został stworzony świat.
Z niej są zrodzone różnorodne cuda, do których osiągnięcia podano tu wskazania.


Jakkolwiek nie byliyśmy niewolnikami naszych własnych wyobrażeń o sobie samych, jakkolwiek wolność wyboru wydaje się być coraz bardziej abstrakcyjna, ciągle jeszcze ją mamy. Ten, któy występuje przeciw wolnej woli popełnia największe przestępstwo na wszystkich możliwych ze światów. To również jego wolna wola - ale kiedy ten ktoś próbuje ograniczyć ją innym, narzucić swój schemat, my również mamy wolny wybór i naszym prawem jest przeciwstawienie się takiemu komuś. W taki czy inny sposób, to NIE MA znaczenia. Jedne sposoby sa bardziej skuteczne, drugie są mniej skuteczne - ale nie wiadomo, które są którymi, dopóki się ich w jakiś sposób nie wypróbuje.

Jeśli patrzę na to, co się dzieje dookoła, to znaczy tyle, że chce wiedzieć. Chcę być poinformowany o tym, co też knują ci, którzy są przeciwni wolnej woli. Jeśli mówię o teoriach spiskowych, politycznych zagrywkach, niepokojących sygnałach ze świata, to znaczy mniej więcej tyle, że nie zamykam się na wszystko, co nie pochodzi z mojego podworka.

Oznacza to również, że może jednak mnie ten świat odrobinę obchodzi. Że może komuś przyda się to, co mówię, albo co mówią inni. Jeśli ktoś mówi, że kieruję się na zewnątrz, zamiast do wewnątrz, to zapomina, że "góra" i "dół" są dokładnie tym samym, tak samo jak "zewnętrze" i"wnętrze" nim są. POznając to, co na zewnątrz można poznać również samego siebie.

Kiedy mówię "cena ropy rośnie, Iran blokuje dolara, Izrael chce wojny" to informuję o niepokojących sygnałach ze świata. Nie straszę nikogo. Bo wiem, że suma summarum to wszystko, ten cały wysiłek wrogów wolnej woli, pójdzie na marne. Ale pójdzie on na marne głównie dzięki temu, że ludzie nie pozwolą znów nabić się w butelkę.

JEŚLI nie pozwolą...





O karze, winie, reinkarnacji, języku i pornografii


04.05.2008 :: 23:59 Komentuj (1)

No dobra, o tym ostatnim nie będzie, ale zawsze dobrze zaistnieć w wyszukiwarkach. :)

Na moim ulubionym forum dyskusyjnym wywiązała się jakiś czas temu dyskusja na temat uzależnień i używek. Jak to zwykle bywa - zeszło na inne tematy i w pewnym momencie doszło niemal do kłótni pomiędzy mną i jedną z użytkowniczek. Oświadczyła ona bowiem wszem i wobec, że w reinkarnację nie wierzy, bo jej zdaniem nie może sobie wyobrazić, żeby jej Bóg karał ją za czyny, których nie popełniła.

Pomyślałem, że to może być dobry moment na uwrażliwienie P.T. potencjalnych czytelników na zawiłości językowe. Jest jak jest, nasz język jest niedoskonały jako narzędzie porozumienia się z innymi, ale kiedy nasza świadomość jest zogniskowana tutaj, w twardej materii i zamknięta w trzech wymiarach, uwierzcie - cholernie się przydaje.

Za pomocą języka można wyrazić pewne podstawowe potrzeby, można też tworzyć narracje literackie, można jako tako porozumieć się z ludźmi ze swojego kręgu kulturowego, a czasem nawet spoza niego. Język jednak jest przydatny, dopóki obydwie strony używają tych samych znaczeń słów, którymi się posługują. W przeciwnym przypadku to jest bełkot. Porozumienie staje się niemal niemożliwe.

Jeśli ktoś interesuje się sprawami "ponadnormalnymi", a czasem zahacza o wszelaką ezoterykę, religie wschodu i ogólnie wszystko to, co obce jest naszej kulturze chrześcijańskiej, może mieć problemy z terminologią pojęciową. A to, czego idzie się obawiać najbardziej, to przykładanie pojęć jednej kultury do opisu drugiej, jak mówi nam stara dobra antropologia.

Jest więc miejsce, żeby wyjaśnić coś, a przy okazji zwrócić uwagę na kwestie języka. Autorka postu dodała potem, że nie wyobraża sobie, aby Bóg mógł karac ją za cokolwiek. Każdy, kto studiuje jakieś hermetyzmy, buddyzmy i tym podobne tematy, nie siedzi wyłącznie w starych pismach i wie, w jaki sposób łączy się to z tzw. ezoterycznym widzeniem świata, również nigdy by tego nie napisał.

Bo w ezoteryce, czy buddyzmie NIE MA takich pojęć. Nie ma żadnych kar, są lekcje. Nie ma żadnej "winy", jest tylko postępowanie i nie ma ono samo w sobie żadnej wartości ujemnej lub dodatniej. Określone postepowanie sprowadza określone konsekwencje. Chrzescijaństwo zwulgaryzowało te pojęcia, uprościło do maksimum i stworzyło świat na bazie opozycji, przy okazji zaszczepiając w ludziach poczucie winy. Nie tylko ono, oczywiście - jest masa religii, które również operują tymi pojęciami. Nie w tym rzecz.

Przypomnijmy cytat: nie mogę sobie wyobrazić że mój Bóg karze mnie za czyny których nie popełniłam.

Wypowiedź tej dziewczyny jest w tym momencie alogiczna - jakim cudem ktoś może ją "karać" za to, czego nie popełniła? Czy doktryna reinkarnacji zakłada choćby w najmniejszym stopnu coś takiego??? Czy nawet jej najbardziej podstawowa wersja, przekazana przez Siddarthę Buddę, zakłada pojęcie "winy"? Tam jest najwyżej mowa o "złych uczynkach". Te "złe uczynki" nie biorą się jednak z powietrza, tylko z postępowania jednostki na przestrzeni wszystkich jej wcieleń...

Używając tego chrześcijańskiego systemu pojęciowego: "kara" spotyka nas za to, co "popełniliśmy", nie za to, czego nie "popełniliśmy". Nie ma w tym momencie znaczenia czas, w którym to popełniliśmy - reinkarnacja zakłada bowiem, że żyjemy wielokrotnie i "zbieramy zniwo" swoich żyć poprzednich.

Mówiąc językiem właściwym ezoteryce: życie jest lekcją i polega na nieustannej nauce - jeśli robisz coś wbrew swojej naturze i buntujesz się przeciw doświadczeniu, które było twoim WYBOREM, wtedy pewne energie pomagają Ci wrócić na drogę rozwoju. Tak to jest pojmowane z tego punktu widzenia. Gdyby nie było czynów "popełnionych" (czyli rozmaitych wyborów życiowych), nie ponosilibysmy nigdy ich konsekwencji. Nie ma skutku bez przyczyny.

Te dwa akapity TYLKO Z POZORU mówią o tym samym. Tak naprawdę mowią o czymś kompletnie różnym. Bowiem "wina" jest czymś, czego należy się wstydzić i pokornie przyjąć dotkliwą karę. Natomiast "lekcja" nie jest żadnym powodem do wstydu. Lekcja jest czymś absolutnie naturalnym. "Wina" - tym słowem nie posługuje się chyba żaden szanujący się buddysta. "Wina" zakłada jakieś kajanie się, przeprosiny, zadośćuczynienie. "Lekcja" to tylko kolejna nauka od życia - przecież nie przepraszamy swojej nauczycielki za to, że dostalismy od niej tróję.

Używanie słów "wina"i "kara" w stosunku do ezoterycznego myślenia, to potężna nadużycie semantyczne. Chwytacie o co mi chodzi? Nie można mówić nie mogę sobie wyobrazić że mój Bóg karze mnie za czyny których nie popełniłam - bo to jest mieszanie jednego z drugim.

Zastanówcie się zresztą logicznie - jak można zostać ukaranym za coś, czego się nie zrobiło? W takiej wypowiedzi odbija się jak w zwierciadle pewne uwarunkowanie kulturowe osoby, która pisze coś takiego. To przecież chrześcijaństwo zakłada jedną z absurdalnych na poziomie dosłowności doktryn - ludzkość została ukarana przez Boga, bo wredna Ewa zjadła nie to jabłko, co trzeba. To dopiero "kara za coś, czego się nie popełniło", bo wszak jednostka ludzka w chrześcijaństwie jest niepowtarzalna (nie reinkarnuje), a więc to nie MY zjedliśmy jabłko, ale cierpimy za grzechy naszych przodków. Tu się trochę szyderczo śmieję, bo wychodzi na to, że taki pogląd (o byciu "karanym") jest gdzieś u nas zakorzeniony.

Nie insynuuję, że autorka wypowiedzi była takiego a takiego wyznania. To nieważne. Chodzi mi bardziej o wpływ pewnej doktryny i systemu pojęć, który przesiąka człowieka jeszcze w dzieciństwie. Bardzo często ludzie wychowani w atmosferze katolicyzmu, nawet po konwersji na ateizm nadal używają sztandarowych, europejskich pojęć takich jak dobro i zło, bądź kara i wina. Nie da się ich jednak bezkonflikotowo przyłożyć do znaczeń pojęć nieeuropejskich.

Jeśli reinkarnacja istnieje jako fakt, to znaczy że pewne "czyny zostały popełnione" i to nie przez jakiegoś abstrakcyjnego przodka, lecz przez tę samą osobę (duszę), która egzystuje w "tu i teraz". Buddyzm zwraca na to uwagę - jeśli człowiek dokonał określonych wyborów, obciąża sobie zawsze w ten czy inny sposób konto karmiczne. Karmy można się pozbyć nie za pomoca kajania czy modlitwy, lecz osiągnięciem wewnętrznego oświecenia i "współczuciu każdej żywej istocie", jak mówił Siddartha.

Jeśli reinkarnacji zaś nie ma, to nie ma w ogóle tematu. Stwierdzenie wyjściowe, z którym tu polemizuję, jest więc w ogóle bez sensu...

Ale jako że spotykam się z różnych stron z totalnym niezrozumieniem tego rodzaju myślenia, postanowiłem, że rozbuduję moją wypowiedź z forum i podzielę się tym ze światem szerokim. Autorka posta wyjaśniła później, że "ona te pojęcia rozumie inaczej". Nie byla niestety łaskawa wyjaśnić - jak.

Nawet taka schizofreniczka jak Sarah Kane mogłaby wam powiedzieć, że największy problem ludzkości to brak porozumienia.

Mogłaby, ale wskutek owego braku, palnęła sobie któregoś dnia w łeb. Według jednych, poszła do nieba. Według drugich, wszystko sie dla niej skończyło. Według tzecich, jej dusza wcieli się w nowe ciało, w którym nauczy się zrozumienia dla piękna zycia. Oczywiście w ramach kary za samobojstwo, którego nie popełniła...




Trzy slowa do Ojca Prowadzącego...


01.04.2008 :: 16:13 Komentuj (2)

Witam. Weny brak, bo wkurwu za dużo. Chciałbym się podzielić z wami pewnym pięknym cytatem. :)

Na wszechmocnej Wikipedii, na stronie dyskusji do artykułu (hasła) "Magia", zawrzało ostro. "Naukowy" światek domaga się ograniczenia mistyczno-okultystyznych konotacji w definicji magii, grożąc bannerem, który mówi o tym, ze artykuł jest niezgodny z zasadą neutralności. Znamy to, znamy, nieważne zresztą (vide: artykuł o czakrach, w którym ktoś czepia się, że wiedza o czakrach jest nieweryfikowalna).

Człowiek pewien mówił (jakże słusznie), że pojęcie "magia" jest dla każdego czym innym, a więc trudno zdefiniować je jednoznacznie. Tak jest w istocie: są definicje naukowe, np. Frazerowska, są też pojęcia magii jako systemu ezoterycznego, albo jako zwykłej pracy nad sobą. Ale w opozycji do niego, jakiś zatwardziały wikipedysta napisał mu coś, dzięki czemu teraz kamień spadł mi z serca i pięć kilo lżej. Dowiedziałem się, o co chodzi naprawdę w idei Wikipedii. Oto cytat:

My tworzymy encyklopedię, obraz obowiązującej wiedzy - nie ma być to prawdziwa, ale taka, jaka jest przyjęta w większości za prawdziwą.

A więc tak, drodzy panowie! Obraz OBOWIĄZUJĄCEJ wiedzy! Jeśli 60% społeczeństwa uważa, że nie należy przechodzić pod drabiną w piątek 13-go, znaczy to mniej więcej tyle, że przesądy są prawdziwe. A jeśli statystyczny polak jest (podobnież) chrześcijaninem, znaczy to, że chrześcijaństwo to jest jedyna słuszna droga do zbawienia. Czy tak? :)

No, to przynajmniej coś mnie oświeciło. Kiedyś chciałem reformować tego potwora, ale teraz moge mieć go głęboko w d... uszy. :)

Bo czy muszę dodawać, że wiedza "obowiązująca" to oczywiście taka, która zgadza się nie tylko z rzetelnymi badaniami naukowymi, ale także z koncepcjami Małych Kaziów, którzy siedząc przy papierkach w bezsenną noc, wyobrażają sobie jakieś teoryjki, a następnie autorytarnie ogłaszają je jako prawdziwe? A może "obowiązujące" jest każde z odkryć, których dokonali anonimowi naukowcy, o których tak dużo mówi się w teleekspresie? :)

Czasem to się jednak zastanawiam, po cholerę komu ta encyklopedia, skoro i tak żeby przyjrzeć się jakiemus zjawisku lepiej, trzeba poszukać o nim innych źródeł, innych spojrzeń na nie? Kiedyś myślałem, że Wiki ma być kompendium wiedzy wszelakiej i różnych na nią punktów widzenia - w odróżnieniu od encyklopedii papierowych.

No ale wczoraj dowiedziałem się, że Wiki to obraz wiedzy, która obowiązuje. No comments...